Polska Telewizja

testNa przekór ponurej rzeczywistości w rodzimej kinematografii polski film dokumentalny ma się dobrze. Chyląc czoła przed mistrzami dokumentu – Kieślowskim, Łozińskim, Fidykiem – młodzi twórcy bez kompleksów piszą kolejny rozdział jego historii. Równie ciekawy.

Pracę nad filmem rozpoczynają od pukania do drzwi wszystkich, którzy mogą pomóc w jego sfinansowaniu. Rozmawiają z szefami redakcji dokumentalnych i producentami wykonawczymi dla których telewizja jest codzienną pracą. Jako debiutanci muszą liczyć się z tym, że złożenie pomysłu na piśmie nie wystarczy. Potencjalny sponsor może zażądać filmowego „demo”, czyli dokumentacji, a to oznacza, że już na wstępie będą musieli zaangażować własne środki finansowe. Niektórym sprzyja szczęście. Magda Piekorz, autorka wielu dokumentów, przyznaje, że miała go dużo: Jednym z moich wykładowców w szkole filmowej był Andrzej Fidyk, który zachęcał nas, studentów, do przynoszenia mu swoich pomysłów. Dzięki jego wsparciu moje pierwsze filmy – „Dziewczyny z Szymanowa”, „Franciszkański spontan” i „Przybysze” – zrealizowałam dla cyklu „Czas na dokument”. Także Bartek Konopka miał, jak mówi, miękkie lądowanie po skończeniu szkół (najpierw Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego, potem kursu dokumentalnego w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Andrzeja Wajdy). Wspólnie z przyjacielem, także filmowcem, Piotrem Rosołowskim wzięli udział w konkursie na projekt filmu dokumentalnego organizowanym przez stację Planete. Wygrali i za jej pieniądze nakręcili „Balladę o kozie”.

Choć Magda Piekorz i Bartek Konopka są optymistami – wierzą, że na realizację dobrego pomysłu wcześniej czy później znajdą się pieniądze – przyznają, że los młodego filmowca nie należy do najłatwiejszych. Kończąc szkołę, wypada on z ciepłego gniazda i szybko orientuje się, że na zewnątrz nikt na niego nie czeka.

Ryzyk-fizyk

Zdaniem Bartka Konopki w Polsce nie powstał jeszcze rynek filmów dokumentalnych. – Na Zachodzie jest więcej producentów i stacji skłonnych wyłożyć pieniądze, nawet na film debiutanta. Ryzyko wpisane jest tam w zawód producenta. U nas producent ryzykuje rzadko. Szansą nie do odrzucenia na zdobycie pieniędzy staje się w tej sytuacji wzięcie udziału w konkursie scenariuszowym. Jednym z tych, na które młodzi filmowcy chętnie wysyłają swoje pomysły, jest Forum Wschodnioeuropejskie. Wybrani przez komisję twórcy biorą udział w warsztatach i w tzw. pitching forum, podczas którego spotykają się z przedstawicielami znaczących nadawców telewizyjnych. Przy odrobinie szczęścia zdobędą wsparcie Arte, ZDF czy BBC. Od tego roku młodzi polscy filmowcy mogą też powalczyć o pieniądze z Funduszu Scenariuszowego im. Andrzeja Munka. Wybrany przez komisję projekt honorowany jest kwotą 5 tysięcy złotych, co pozwala reżyserowi na spokojną pracę nad scenariuszem i przyzwoitą dokumentację. Co dalej? Bartek, który otrzymał stypendium z funduszu, obawia się, że wyróżnienie pomysłu przez komisję nie musi wcale oznaczać, że znajdą się producenci chętni, by zainwestować w jego realizację. – System wyłapywania talentów trochę u nas kuleje. Jeśli np. w Niemczech projekt młodego filmowca zostanie nagrodzony, przynajmniej kilka osób zacznie się nim interesować. U nas niekoniecznie. Od ryzyka stronią też dystrybutorzy. – Po festiwalowych sukcesach „Ballady o kozie” dowiadywaliśmy się, czy jest szansa na kinową prezentację filmu. Niestety, stanowisko dystrybutorów było jednoznaczne – do dokumentu tylko się dopłaca. Mimo że film im się podobał, nie zdecydowali się wyświetlić go w kinach – mówi Bartek.